RSS
 

Notki z tagiem ‘kabaczki’

Płatki jedzone widelcem i nieodparta chęć oparcia się o śmietniczkę.

12 wrz

     No, powoli wszystko idzie ku rozwiązaniu, (nie jestem w ciąży) w sensie że układ który spędza mi sen z powiek na września osiemnastego jest już w większej połowie ukończony, ostatnią poprawkę pisze Egzot w ten wtorek, więc naturalną koleją rzeczy siedzi przed komputerem, słucha soundtracku z Władcy Pierścieni i nie robi mic konstruktywnego. Indeks ma oddać do piętnastego, zobaczy się.

„Wrota Mordoru stanęły otworem, ziejąc przenikliwym mrokiem i zapachem śmierci. Z czeluści czarnej mgły i smrodu cierpienia wyhynął podstępnie zionący ogniem najeżony kolcami skoroszyt z notatkami o mechanizacji ogrodnictwa.
- Przeczytaj mnie przeczytaaaj! – wrzeszczał plując strzępami kartek na lewo i prawo
- Nieeee! – darł mordę Egzot, wspinając się po kamiennych schodach wiodących do jaskini pająka o przerażającym imieniu Nie-zdam-tego-gówna. „

No, i zaliczył Egzot wschodnią część Polski, co prawda tak w sumie gówno widział bo nawet na starówce w Lublinie nie był, ale co był w Lublinie to był. Znajomych odwiedzić. Spędził w podróży, sumując, siedem bożych godzin w pociągu teelka naprzeciwko pani, która pośladkami zajmowała dwa boże siedzenia, dziadkiem, który smarkał w szybę, młodą parą studentow czytających Kafkę oraz dwoma staruszkami które wypowiadały się na tematy różne, acz głośno. W połowie drogi Egzotu rozładowała się komórka, będąca również źródłem muzyki dousznej, więc po prostu tragedia i zgrzytanie zębami. Z nudów biegał Egzot po korytarzu w tę i z powrotem, otwierał okna coby popatrzeć na mijające nas hyżo słupy kolejowe i patrzył ludziom do przedziałów próbując podpatrzeć najciekawsze pozycje do spania w pociągu. Zdecydowanie wygrywa pan w niebieskiej koszuli. Oparł on czoło na śmietniczce (w tlk są takie większe śmietniczki, horyzontalnie płaskie), rozwarł usta, zwiesił ręce ku podłodze i spał. Zaiste piękny widok.
     W Lublinie jechał Egzot trolejbusem! Nawet bilet ma na pamiątkę, coby się wszem wobec chwalić. Pobyt również zacny był, to nic że w kuchni mieliśmy tylko garnek, kubek, widelec, nóż i łyżeczkę. Bardzo chciałby Egzot wrócić, fajnie się płatki jadło widelcem z garnka.
Zaprawdę, częściej musi Egzot robić takie prawie-spontaniczne wypady do osób których nigdy nie spotkał na żywo, wzbogaca to aurę Egzotową i czuje się szczęśliwy jak diabli. A, w Lublinie też Egzota z kobietą pomylili, w kolejce do kiosku. Oto dialog:

 Jakaś Pani – Przepuści mnie pani? Ja mam pociąg zaraz.
 Egzot – Spoko. [obserwacja zmieszania obiektu przepuszczonego]

Ta zdziwiona mina osoby docelowej… nigdy mnie to nie przestanie bawić. xD

Egzot.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Deszczówkowe spotkanie przedziałowe okraszone epickim failem niewymiernym.

01 gru

     Albowiem. Urodziny Egzot miał i skończył ostatnie naście. Zaprawdę odczuwa wewnętrzną potrzebę wybebeszenia się swoją dojrzałą i dorosłą albowiem postawą życiową, podzielić bagażem doświadczeń stetryczałego studenta ogrodnictwa roku drugiego. Zaprawdę wiek podeszłyż już opić trzebaż było. I opito hojnie, w akademikach, co wiązało się z wizją Egzota czyniącego w połowie schodów wybitnej gracji figury gimnastyczne, oblewaniem Aśki wodą z prysznica albowiem z automatycznym włącznikiem (prysznic miał włącznik, nie Aśka), oraz hasaniem i gubieniem się w klaustrofobicznym gmachu akademiku. Pozdrowić panię portierkę!
     Działo się oj działo, pięćdziesiąt butelczyn cytrynówki albowiem obalono i jak to na imprezach ogólnie trzeba by być, a opowiadanie ma sens mniej więcej taki jak strzeszczanie filmu, na którym się nie było. Czy jakoś tak. Nie ma emocji w czytelniku (wiem, że chcilibyście żebym napisał o zwracaniu pomidorów z serem acz obyło się bez tego. Przynajmniej dla mnie. ^^)
     Otóż. Egzot spał u Aśki, któraż to dnia następnegoż gotowa i zwarta miała być na jakieś tam laboki z chemii, które to odbyć miały się na drugim końcu miasta o godzinie ósmej. Nastawiwszy budzik na wpół do siódmej rano, błogo w sen, przepraszam za wyrażenie, zapierdoliwszy, poczęli (niefortunne słowo) trzeźwieć we śnie zaprawdę zdrowotnym.

- Kuba! Jest siódma czterdzieści! – Oznajmiła Aśka dramatycznym tonem, wyprysnęła z łoża i zaczęła się ogarniać. (zajebiście subtelnie ująwszy mode on)Ból głowy i nudności (zajebiście subtelnie ująwszy mode off) dopadły Egzota na tyle agresywnie, iż zdołał się on jedynie doczołgać do łazienki i obmyć swe uzębienie za pomocą palca i odrobiny pasty do zębów znanej z reklam marki. Wyszedłszy z łazienki, była godzina huczna za piętnaście.
 Niczym młode gazele o poranku na sawannie wyhasali na zewnątrz i pognali na przystanek autobucowy sztuk jeden. Agonalnie usiadłszy w ostatnim rzędzie autobucu, z Aśką po prawicy swej, Egzot usilnie starał się nie zwrócić treści pokarmowej wraz z wirującymi niczym zmasturbowana pralka wnętrznościami. Aśka, spojrzawszy w odbicie swe rzekła dziarsko:
- Jak ja wyglądam. Czuję się jak szmata.
Wyturlawszy na przystanku Bałtyk, pożegnali się. Egzot czym prędzej doszmacił się do pekape w celu zaszczycenia swą skromną osobą jakiegoś pociągu osobowego jadącego lubieżnie w kierunku Wrocławia/Leszna/Rawicza przez Czempiń azaliż.
Aśka żarliwie zapewniała, iż pociąg o ósmej dwadzieścia zaprawdę jedzie.

- O ósmej dwadzieścia do Leszna? Następny dopiero o dziesiątej. – Rzekła okrutnie pani w kasie biletowej numer trzy.
Egzot łzę bezradności roniąc odszedł od okienka i stwierdził, iż stoi pośrodku pełnego ludzi dworca pekape, w śmierdzącym papierochami ubraniem, włosiem rozpierdolonym wertykalnie i horyzontalnie, czerwonym licem od cytrynówki albowiem, jedenastoma złotymi w kieszeni, jebitliwym bólem głowy oraz ochotą na przepięknego,malowniczego i agresywnego pawia.
-Potrzebuję herbaty. – Odezwał się głos wewnętrzny egzotowy i nogi jegoż same zaprowadziły go do Makdonalda nieopodal. Po drodze wydał jeszcze około dwa złote polskie na półtoralitrową wodę Polaris, która walorami smakowymi mocno przypominała przeterminowaną deszczówkę.
    
     Wkroczywszy gestem szerokim i chodem chwiejnym do Makdonalda, skrzętnie omijał Egzot oczyma reklamy zachwalające tłuste kanapki pseudośniadaniowe makdonaldowe (czyt. obleśne jajka, tłusty bekon okraszone bliżej nieznanym Egzotu pieczywem zrobionym z genetycznie udoskonalonej pszenicy z odbytem). Doturlawszy się do kasy, wyglądając po drodze jak trzy ćwierci od śmierci, tuląc kochliwie butelkę z wodą mineralną Polaris wycharczał:
- Herbatę poproszę…
Pani kasjerka wyszczerzywszy zęby w pełnym zrozumiania uśmiechu zapytała cicho: Niech pan sobie wybierze.
Po czym podała Egzotu korytko z różnymi herbatami. Drogą selekcji odrzucił Egzot wydziwy z cynamonem i imbirem (nie chciał ryzykować) i następnie wybrał Egzot poczciwego Liptona z cytrynką. (Dostanę chyba jakiegoś bana za używanie tych wszystkich nazw produktów.)
- A jak teraz znajdę portfel to nawet pani zapłacę. – Egzot rzekł ku uciesze personelu. (najgłośniej parskał pan przy frytkach. Parskanie. Frytki. Głogowska. Zapamiętać.)
     Wchłonąwszy herbatę, któraż to w znacznym stopniu ukoiła chorobę morską Egzotowych flaków i przeczekawszy półtorej godziny gapiąc się tępo w telewizor makdonaldowy, po którym hasała jakaś bliżej niezidentyfikowana Bijons, postanowił Egzot iż wyruszy wcześniej na pociąg aby uniknąć tłoku na peronie. Na powrót wodę przytulił i przemaszerował na peron szósty, gdzie o dziwo pociąg już zachęcająco czekał.
Okazało się, iż był to pociąg przedziałowy (po rodzicielsku : Pulman) z czego Egzot zaprawdę rad był i byłby uronił łzę wzruszenia, gdyby nie fakt że herbata przestała działać. Zadowolon był Egzot do momentu, kiedy okazało się, że w przedziale Egzotowym który lubieżnie zasłonił szmatowatymi zasłonkami, znajduje się lustro. Takie lustro aktywowało się w momencie jak Egzot wstawał. I to było zaprawdę straszne. Opuści tutaj Egzot, niczym w starych komiksach, zasłonę boleści i nie opisze jak jego parszywa morda wyglądała.(Bo nie wyglądała.)
Reasumując: Egzot siedzi sam w przedziale wyizolowanym od reszty świata za pomocą szmatowatych zasłonek czerwonych, tuląc półtoralitrowe opakowanie wody Polaris, rozpierdoliwszy kończyny po całym przedziale.
     Ku pogłębiającej się boleści Egzota: pociąg rusza. Gdzieś w okolicach Puszczykówka, Egzota nawiedziła iście wybitna myśl powieszenia na drzwiach kartki: Uwaga! Bomba! Nie wchodzić! aczkolwiek doszedł do wniosku, że wtedy każdy będzie chciał ową bombę zobaczyć, więc w rezultacie zaniechał owych atrakcji, zwłaszcza, że samo wstanie z wymoszczonej już pozycji byłoby wysoce niekomfortowe. Rozmyślając tak właśnie, popijając co chwilę wody z butelczyny, modląc się o to, aby pan kierowca włączył tryb cichobieżny, doznał Egzot szoku i ogólnego nieczucia egzystencjalnego. W akompaniamencie trzasku drzwi rozsuwanych i szeleście szmatowatych zasłonek wyłoniła się z głębi korytarza… była wychowawczyni Egzota.
- To się nie dzieje. – Pomyślał.
- Dzień dobry. – Wychrypiał najdostojniej jak potrafił, i starał się przyjąć pozę możliwie jak najmniej zkacowaną, co raczej okazało się porażką, zwłaszcza że półtoralitrowa butelka wody Solaris leżała obok Egzota lubieżnie przytuliwszy się do jegoż uda, a włosy Egzotowe ożywiły się niczym kłaki u bogini Eris z disnejowskiego Sindbada, które to miały zajebistą właściwość hasania w powietrzu w sposób bliżej niekontrolowany.
- Dzień dobry… – Tutaj pauza na litościwie/potępiające spojrzenie oraz inwazyjne zeskanowanie osoby Egzotowej, rozpoczynając od zarzuconych kończyn dolnych na siedzisku sąsiednim, poprzez jubel na głowie Egzotowej a na butelce deszczówki obejmowanej przez Egzota kurczowo skończywszy. Na szczęście/niestety za pedagożką wtoczyła się koleżanka wychowawczyni bliżej Egzotu nieznana. Na szczęście, bo odwracała uwagę od czerwieniącego się snadnie Egzota, a niestety, bo wytwarzała swymi ustami odgłosy rozmowopodobne o głośności miliona decybeli godzących w uszęta Egzotowe.
     Okazało się, iż dotarłszy do Czempinia, pani wychowawczyni wcale nie odbiła do szkoły która jest jakieś pięćdziesiąt metrów od dworca, acz szła z Egzotem i odprowadziła go niemalże pod dom. Zważcie na fakt, iż Egzot z wychowawczynią ową (subtelne powiedziano mode on)nie lubili się(subtelne powiedziano mode off). Zdecydowana większość tegoż uopojnego dialogu upłynęła na wstawkach typu poniższego:
- A jaktam u brata? Nadal nie lubi chemii?
- A wie pani… rodzinna tradycja… (Ja osobiście chemii nienawidzę, rodzicielka również, brat ma same szmaty w liceum, więc zapewne nienawidzi też.)
- Mhm…

(pauza na krępującą ciszę i donośny szum ożywionych loków egzotowych)

- A co tam u mamy? Zawsze ją lubiłam była taka… Rzeczowa. (To, że moja mama urządzała z nią batalie na tematy różne, wszyscy w klasie wiedzieli, choleryzm mam po niej.)
- A dobrze.
- Pozdrów.
- Dziękuję. Przekażę.

I tak dalej i tak dalej, aż Egzot nie doczłapał się do domu, rzekł cześć rodzicielce, pochwalił się prezentami ( koszulka, kartka i druga kartka taka duża i płyta Bjork potem od brata) i legł niczym sześćdziesiąt kilo żywego schabu z kością na łoże i spał do szesnastej.

Aha, jakby ktoś w pociągu widział butelkę wody Polaris to to będzie egzotowe, bo zostawił z przejęcia jak w Czempiniu wysiadał.

Egzot.

P.S.  Czajcie to: KLIK. Czy nie wydaje wam się eterycznie kuriozalne, iż owa debata została przeprowadzona dokładnie trzynaście dni po moim zajebistym horoskopie? I w ogóle, jej wynik mnie zadowala niezmiernie. Widać są jeszcze normalni, trzeźwo myślący ludzie w internecie. Pozdrowić Elizkę.  xD

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Może jutro biochemicznie potańczę w tramwaju.

03 lis

 Notka będzie miała formę ” z dupy ” albowiem za dużo się Egzotu naroiło w chorym łbie i musi z siebie trochę wyrzucić drogą słowotoku. Zaczynajmy:


 Aktualnież włosy Egzotowe rosną w siłę wkurwogenną. Niedługo zaczną do oczu wpadać.

 O dziwo w pociągach nie grzali dopośladkowo a i z genetyki, na którą Egzot nie otwarł nic ma zacną trójczynę.

 Było fajnie. Przez tydzień. Teraz, o dziwo, jest lepiej. Nie wiem od czego to zależy, ale Egzot jest w stanie przenosić góry, żreć trociny i srać deskami. I niech mi ktoś powie, że jestem normalny to zaklaszczę pośladkami.

 Lubię tramwaje. Uwielbiam nimi jeździć. Najbardziej lubię ósemkę, osiemnastkę i jedenastkę. To nic że jeżdżą jak chcą. Niesamowita radość jest jak już się pojawią. Lubię ten hałas, szum i trzaski i te agresywne zakręty na których ludzie nieświadomie dotykają się i ocierają o siebie. Kilka przystanków jest jak kilkunastominutowy synchoroniczny taniec samotnych obcych ludzi.

 Czarnuszka ma nasiona czarne. Widać to idealnie na zeszycie w kratkę dużokartkowym Alkacziela jak się tak rzuci z nienacka garścią niczym pyłem gwiezdnym.

 Odwiedzicie Egzota w więzieniu jak już zamorduje swojego brata krzesłem obrotowym? Bo pizga kończynami w ścianę i Egzota irytuje.

Dzisiaj nie mogłem zasnąć. Ustawienie łóżka w pozycji horyzontalnej względem monitora było błędem.

 Tematem dzisiejszego zacnego wieczoru jest mordercze kolokwium z biochemii oczekujące Egzota jutro o godzinie mniej więcej czternastej z minutami. Z tejż okazji Egzot właśnie poczynia wiadro kawy z mlekiem w dzbanku i kanapki na talerzu. Bądźmy dobrej myśli żeby nie popierdolił naczyń docelowych.

 Ludzie na Wszystkich Świętych stanowią komiczny widok kiedy szarżują przez cmentarz do rytmu muzyki z słuchawek dużych nausznych.

 Tak, słuchałem muzyki na cmentarzu. Przeszkadza to w patosie święta? Nie mam szacunku dla zmarłych? Tak się składa, że słuchając odpowiedniej muzyki więcej myślałem o zmarłych osobach, niż o tym kto przyniósł jaki znicz i dlaczego nie są ustawione tak i tak a nie tam czy ówdzie i pod jakim kątem. Kurwa jasna.

I tak w ogóle to chciałbym czasami zatrzymać się na środku ruchliwego chodnika i po prostu patrzeć przed siebie. Nigdy tego nie robiłem. Może jutro.

Jutro…


Wybebeszał się Egzot. Dziękować.
 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zombie spojówkowe oraz ekscesy pekape po raz enty i nie ostatni.

19 maj

    

Pamiętacie taki odcinek South Parku, gdzie te śmieszne okrągłogłowe
ludziki mówiące fuckfuckfuck dostawały zapalenia spojówek i chodziły jak
zombie? No, to jest prawdopodobieństwo, że w nocy mój brat mi wyżre mózg. Gdyż iz,
ponieważ schorzenie wymienione wyżej posiada dumnie od dni kilku z hakiem. I wygląda
z czerwonymi oczymami wyjątkowo ponętnie. Zupełnie jakby go ktoś zbił albo co.
Biedne toto.

     
Nowe dziecię pojawiło się w jednoosobowej rodzinie pojebanego umysłu
egzotowego. Chodzi tu mianowicie, o nowiusieniusią empertójeniusię ze
słuchaweczeniusiami. Więc muzyka zapieprza w głowie egzotowej aż miło, zacnie i
powabnie.
     Ostatnio, powracawszy do domciu prestiżowym pociągiem
osobowym w relacji Poznań Główny nach Czempiń, Egzot był świadkiem widoku dość
niecodziennego. Otóż. Zakonnica sztuk jedna, w sukiennicy szarej przydługawej,
obładowana dwoma wielgachnymi walizami, zasiadła majestatycznie w przedziale
egzotowym. Konspiracyjnie wyciągnąwszy różaniec zaczęła mamrotać pod nosem
zdrowaśki. Egzot poczuwszy się trochę jak wyrzutek społeczeństwa, jako że w
Wielkiego Stwórcę wierzyć uparcie nie zamierza, bo wierzy w wielkie BUM i
chloroplasty, jak to na biologobotanika przystało, księgę czytać zaczął usiłując
nie patrzeć na szarego pingwina. Gdy pociąg ruszył, zakonnica (ta w szarej
sukiennicy sztuk jeden) dokonała cudu. Nie wiedzieć, gdzie, kiedy i jak, z
różańca zrobiła empetrójkę, i zamontowawszy słuchawki w uszach, zaczęła wesoło kiwać
głowa w rytm muzyki. Ba! Nawet obuwie zdjąwszy, zrobiła tak zwane
„nogananogę” na sąsiednie miejsce, i radośnie wymachując stopami
paszczyła się w okno. Wniosek taki, że zakonnica też człowiek.
     Jeszcze ostatniej, prawdziwy tragikomizm wdarł się w
podróż domowo-poznaniową. Z większym naciskiem na tragizm, jeśli pytać
zszarpane i zgwałcone nerwy egzotowe. Otóż. Z językiem zarzucon hen gdzieś na
plecy, z płucami wręcz wyłażącymi prawym udem, (bo opadły) dobiegłż Egzotu na
peron szósty, z którego odjeżdżać miał o godzinie szesnastej czterdzieści pięć
pociąg osobowy relacji Poznań Główny nach Czempiń. Wtargnąwszy na korytarz,
zmuszon był koczować na schodkach malutkich w cieniu korytarza, tuz obok kibla
i kabli jakichś zwisających, albowiem miejsc siedzących było na tzw. „no
zesrasz się, ale nie usiądziesz”.Tak więc, w towarzystwie
grubego-pana-z-piwem-w-reku, młodzieży licealno gimnazjalnej oraz kobieciny z
tobołami wyładowanymi warzywami siedział Egzot, umęczon lecz szczęśliw. Aże był
to pociąg, w którym zaprawdę już Egzot siedział na mikroskopijnych schodkach i się
szczęśliwił, że zdążył, i będzie za czterdzieści minutek w domciu, nie
zamierzał z niego wysiadać.

Błąd.

Konserwa po brzegi wyładowana ludzkim materiałem organicznym, zatrzęsła się w
posadach (szynadach?) i turkocąc wyraziście, ruszyła tu de destinejszon siti.
Blaszane gówno, wyjechawszy jakieś pięćset (słownie: pińcet) metrów poza
stację, skowyrnie zatrzymało się, było to niemal tak wymowne jak „foch i
chuj” z akompaniamentem tupania stópka o bruk. „To normalne, zawsze
zaraz za poznaniem pociągi się zatrzymują, na chwilę. ” – Pomyślała
optymistyczna percepcja Egzota. Więc powodów do wściekłości nie było jako
takich. Na razie.
W ciągu piętnastu następnych minut stania sobie w dusznym pociągu, obok kobiety
z warzywami, panem-który-opróznił-już-puszkę-piwa, i coraz rzęsiściej
przeklinającej młodzieży, stwierdził Egzot, iż zaczyna się irytować. Nagle do
korytarza przecisnął się pan konduktor i przemówił, idealnie aksamityzując
wypowiedź:
„Proszę państwa, mamy awarię lokomotywy – mrau!- , naprawa trochę potrwa
więc prosiłbym uzbroić się w cierpliwość”.
„No zajebiście” myśli sobie Egzot o godzinie siedemnastej zero coś.
„No ja pierdolę” myśli sobie Egzot o godzinie siedemnastej sześć.
„No –bardzo-dużo-przekleństw-” mamrocze Egzot o godzinie siedemnastej
piętnaście.
Warto wspomnieć, iż pociąg nie ruszył się ni w dupę, ni w oko, ani w tą ani w
tamtą stronę nawet o milimetr. O godzinie siedemnastej dwadzieścia trzy, gdzie
Egzot właśnie wychodziłby na prestiżową stację w Czempiniu a popołudniowy wiatr
rozwiewałby mu włosie, i ogólnie radość to be home… to kurwa nie!
Blaszane gówno, przyczepiwszy do swojego blaszanego dupska inna lokomotywę,
zaczęło się cofać na stację, kurwa, macierzystą. Ale żeby to, chociaż z kopyta
wróciło, szybko, turkocąc i magiczny głos na peronie rzekłby po powrocie:
„przepraszamy za te popieprzone pociągi, ale widzą sami państwo jak to
jest z tym pierdolonym, tfu, gównem, zapraszamy do kasy głównej na skromny poczęstunek
w ramach przeprosin.” a to nie! Szarpnęło raz, szarpnęło drugi,
przejechało pięć metrów i ponownież stanęło. Tak szarpało całe pińcet metrów
wspomniane powyżej. Aż w końcu, kląc, na czym świat stoi, wybiegł Egzot na
peron wkurwiony do niemożliwości. Wsiadł do pociągu o siedemnastej czterdzieści
pięć, czekającym już na torze sąsiednim, do którego wsiadło, kurwa, jebane w
udo przedszkole, drące mordy niczym na placu zabaw.

Ale Egzot lubi sobie posiedzieć godzinkę w dusznym ciasnym
pociągu tak dla rekreacji i polepszania własnej wewnętrznej karmy i zgłębiania
swojej umiejętności wymyślnego przeklinania na „te k***a j****e blaszęta”.
      Zmiana klimatów: wczorajsza akcja z udziałem
mojej mamy niszczy. Późny wieczór, tata ogląda telewizję, brat zdycha na
zombiozę spojówkową wegetując w pokoju obok. „Idę się kąpać” rzecze
mama. Siedzę jam przed komputerem i czytam botaniczne pierdoły o rodzince
Poaceae, aż tu nagle, słychać donośny, histeryczny i niepohamowany śmiech
rodzicielki egzotowej dobiegający z łazienki. Drzwi od łazienki otwierają się,
mama słaniając się ze śmiechu mówi przerywanym próbami złapania oddechu głosem:
„Bo ja… [brecht] …odkręciłam na chama wodę… [rechot z głośnym YYYYH
od nabieranego powietrza] … pod prysznicem, ale … [tu dłuższy brecht]…
trzymałam słuchawkę w kierunku twarzy …[hahaha]… i sie opryskałam.”
A podobno to po dziadku ja jestem nienormalny.

Egzot.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS